Wiosna w łowisku

Nadeszła wiosna, a wraz z nią ruszyły prace w łowisku. W pierwszych dniach marca w uzgodnionych z leśnikami miejscach wysadziliśmy 850 szt. sadzonek jabłoni i grusz, które z pewnością wzbogacą bazę żerową naszych obwodów. Wykorzystując sprzyjającą aurę do pracy licznie stawili się nie tylko myśliwi, ale również „kandydaci na kandydatów”, od wczesnej młodości uczestnicząc w życiu koła, którego w przyszłości zostaną członkami. Jak zawsze przy takiej okazji o stronę kulinarną zadbał łowczy koła, który przy ognisku serwował przyrządzone osobiście „dziczyźniane” wyroby. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty spędzając przy tym miło czas w gronie przyjaciół po strzelbie.
R.K.

Kolejny etap konkursu „Myśliwi dzieciom, dzieci przyrodzie”

Kolejny etap konkursu „Myśliwi dzieciom, dzieci przyrodzie” zakończony. Do organizatorów dotarły prace przedstawiające zwierzęta naszych łowisk wykonane z materiałów przeznaczonych do recyklingu, co było głównym zadaniem uczestników. Prace konkursowe wpłynęły z:
1. Szkoła Podstawowa  w Górzynie
2. Szkoła Podstawowa Nr 1 w Lubsku
3. Szkoła Podstawowa Nr 2 w Lubsku
4. Szkoła Podstawowa Nr 3 w Lubsku
5. Oddział Przedszkolny w Górzynie
6. Przedszkole Nr 3 w Lubsku
7. Przedszkole Nr 5 w Lubsku

Dzieci wykonały eksponaty z pomocą swoich opiekunów wykorzystując w tym celu m.in. opakowania, nakrętki butelek, zużyte baterie, makulaturę i inne tego typu surowce.

Otrzymaliśmy ciekawe i pomysłowe prace, a wykonawców kilku z nich wytypowano do wyróżnień. Na tym etapie konkursu zadaniem uczniów młodszych klas szkół podstawowych  było wykonanie budki lęgowej dla ptaków. Spośród kilkunastu wykonanych budek komisja wybrała kilka najciekawszych. Wykonawcy wyróżnionych prac zostaną uhonorowani  podczas finału konkursu w m-cu maju.

Już w kwietniu zostanie przeprowadzony kolejny etap konkursu.  Zadaniem jego uczestników będzie recytowanie wierszyków o tematyce przyrodniczej.  Spodziewając się prawdziwie duchowej uczty niecierpliwie czekamy na zgłoszenia ze szkół i przedszkoli. 

R.K.

Konkurs „Myśliwi dzieciom, dzieci przyrodzie”

„Myśliwi dzieciom, dzieci przyrodzie”  to hasło konkursu, do którego organizatorzy tj. Szkoła Podstawowa Nr 2 w Lubsku i Koło Łowieckie „Jeleń” Brody zaprosili okoliczne szkoły i przedszkola. Celem konkursu jest pogłębienie wiadomości na temat życia zwierzyny łownej oraz poznanie tradycji, zwyczajów i gwary łowieckiej.

Aby zachęcić dzieci do uczestnictwa w tym przedsięwzięciu odbyłem spotkania z uczniami lubskiej dwójki. Dzieciom spodobała się proponowana przez organizatorów formuła konkursu i deklarowały liczny w nim udział. Konkurs został pomyślany jako impreza 3-etapowa. Jej część pierwsza polega na wykonaniu plakatu na  temat „Zwierzyna łowna zimą”. Etap następny to wykonanie budki lęgowej dla ptaków.  Zadaniem uczestników części trzeciej będzie recytowanie wierszy o tematyce łowieckiej. Każdy etap konkursu oceni komisja składająca się z przedstawicieli koła łowieckiego i nauczycieli szkoły. Zwycięzcy poszczególnych etapów zostaną nagrodzeni podczas finału zaplanowanego w miesiącu maju br. W finale wystąpią również 3-osobowe zespoły szkół rywalizując w kategorii tradycje, zwyczaje i gwara łowiecka. Udział w każdym z etapów konkursu to szansa na zdobycie punktów dla swojej szkoły, a ich łączna suma zdecyduje o zajętym miejscu. Fundatorem nagród i wyróżnień jest koło łowieckie „Jeleń” Brody.

W dniu 27 stycznia br. zakończył się etap pierwszy konkursu,  którego uczestnicy doręczyli prawie 80 plakatów.  Z niemałym trudem wytypowaliśmy najlepsze prace mając jednocześnie świadomość, że jest to subiektywna ocena komisji. Większość przedstawionych do oceny plakatów wzbudziła podziw oceniających. Jednak warunki konkursu musiały być dotrzymane, co ograniczyło ilość wyróżnionych prac. Do 2 marca komisja oczekuje na prace wykonane przez przedszkolaków z materiałów do recyklingu na temat „Zwierzyna łowna”. Spodziewamy się ciekawych eksponatów i bólu głowy członków komisji podczas ich oceniania.

R.K.

Edukacji łowieckiej ciąg dalszy

Inauguracja kolejnego roku współpracy naszego koła łowieckiego „Jeleń” Brody ze Szkołą Podstawową Nr 2 w Lubsku miała miejsce w Lubskim Domu Kultury w dniu 29 października br. kiedy zaproszony przez uczniów klas pierwszych uczestniczyłem w uroczystości pasowania. Podniosły charakter tego wydarzenia, a zwłaszcza momenty ślubowania na sztandar szkoły i pasowania, z pewnością na zawsze pozostaną w pamięci pierwszaków. W części artystycznej tej uroczystości podziwiałem zaangażowanie i determinację z jaką te dzieciaki prezentowały przygotowany na tę okoliczność program. Były krótkie wierszyki i wspólne tańce, a ich wykonawców oklaskiwali zgromadzeni na widowni członkowie rodzin, znajomi i uczniowie starszych klas tej szkoły.

W pierwszych dniach listopada odwiedziłem klasy pierwszaków podziwianych wcześniej na scenie LDK. Podczas tych lekcji dyskutowaliśmy o dzikich mieszkańcach naszych pól i lasów, a dzieci żywo zainteresowane tątematyką chętnie dzieliły się swoimi obserwacjami dotyczącymi życia zwierząt. Rozwiązywanie przygotowanych przeze mnie przyrodniczych zagadek nie sprawiało dzieciom większych trudności, co świadczy o sporym, jak na ten wiek, zasobie przyrodniczej wiedzy. Lekcje kończyłem wręczając dzieciom drobne upominki, które z pewnością pomogą utrwalić w ich pamięci nasze spotkania.

Po kilku dniach od spotkania z pierwszakami zostałem zaproszony na zajęcia w świetlicy szkoły, gdzie przywitano mnie gromkim „Darz Bór”. Było to dla mnie miłe zaskoczenie, a jednocześnie potwierdzenie, iż w pamięci tych dzieci coś jednak z naszych ubiegłorocznych spotkań zostało. Podczas tego spotkania rozmawialiśmy o sposobach przygotowywania się zwierząt do zimy i możliwościach, jakie mają ludzie, aby pomóc zwierzętom i ptakom przetrwać ten trudny okres. Dzieci zadeklarowały, że zebrane wcześniej żołędzie to wstępna pomoc dla zwierzyny leśnej, a jej kontynuacją będzie wykładanie karmy do ptasich karmników. To spotkanie również kończyłem przyrodniczymi zagadkami i wręczaniem drobnych upominków. W miłej atmosferze dzieci obiecały mi ponowne zaproszenie, z którego z pewnością skorzystam.

R.K.

Pracujemy dalej!

Koniec roku szkolnego tuż, tuż, oceny wystawione, a na szkolnym korytarzu wyczuwa się już atmosferę nadchodzących wakacji. Skoro te ostatnie dni w szkole traktowane są tak trochę na luzie, to dlaczego nie wykorzystać tego czasu na kolejne spotkanie. Po krótkiej rozmowie z panią „od biologii” następnego dnia mam lekcję z kl. VII lubskiej ” dwójki „. To już 14-sto latkowie, zamierzam więc zapytać ich o stosunek do myśliwych, łowiectwa, a także w ogólnych zarysach przedstawić zadania i sposób funkcjonowania naszego stowarzyszenia.

Po moim krótkim wprowadzeniu ciekaw byłem ich opinii i ich uzasadnienia. Niestety nie otrzymałem na moje pytania odpowiedzi. Uznałem to w części za przejaw obojętności i w pewnym stopniu niechęci, ale nie okazanej z obawy, aby nie urazić prelegenta. Świadczy to o konieczności dalszej, systematycznej pracy z młodzieżą, a jej głównym tematem powinno być wyjaśnianie roli myśliwych w ochronie przyrody. Wiedza o działalności gospodarki łowieckiej jest niezbędnym elementem, który pozwala zwiększyć zaufanie i zbudować jeszcze lepsze relacje publiczne, między mieszkańcami a myśliwymi.

Aby uatrakcyjnić nasze spotkanie, prezentowałem uczniom moje amatorskie nagrania głosów ptaków, a zadaniem słuchaczy było wskazanie wykonawców ptasich treli. Było krucho! W tej dziedzinie również jest wiele do zrobienia. Z trudem udało mi się wyłonić zwycięzców tego „konkursu „. Chyba trochę na wyrost, ale wyróżniłem ich medalami król i wicekról polowania. Spotkanie zakończyłem życzeniami udanych wakacji i przekonaniem, że w kolejnym roku tematów spotkań z młodzieżą szkolną nam nie zabraknie.

R.K.

Wręczenie dyplomów za udział w konkursie

Wiosną dla ptaków

Wiosną, kiedy przyroda budzi się do życia, już od wczesnego ranka cieszy śpiew ptaków. W tym czasie intensywnie poszukują partnerów, aby wkrótce przystąpić do budowy gniazd i wychowywania potomstwa. Jest to więc właściwy czas na zakładanie budek, które ułatwią ptakom osiąganie lęgowego sukcesu. Pomysł zorganizowania konkursu na domek dla ptaków został przez uczniów młodszych klas lubskiej „dwójki” przyjęty z dużym zrozumieniem i szybko przeprowadzony. Przecież ptaki niecierpliwie czekały!

Jury konkursu z niemałym kłopotem wytypowało najlepsze prace oraz przyznało wyróżnienia. Podczas podsumowującego spotkania, w obecności pani wicedyrektor szkoły uczestnicy konkursu otrzymali pamiątkowe dyplomy oraz ufundowane przez zarząd koła upominki.
Wykonane w ramach konkursu budki lęgowe zostaną zawieszone w pobliskim parku, co umożliwi dzieciom obserwację „rodzinnego życia” ptasich lokatorów.

Podczas zaplanowanej w najbliższych dniach wycieczki, dzieci zapoznają się z warunkami, jakie należy spełnić, aby budki lęgowe były chętnie zajmowane przez poszczególne gatunki ptaków. Otrzymane wyróżnienia i upominki z pewnością zwrócą uwagę dzieci na konieczność pomagania ptakom nie tylko zimą.

R.K.

Czy sarna to żona jelenia?

Ferie zimowe to przerwa w zajęciach szkolnych, zawsze witana przez młodzież radośnie. Bo przecież to czas, kiedy już od rana można przypiąć narty czy łyżwy, albo na sankach poszaleć na najbliższej górce. Niestety, tych radosnych wrażeń mogli doświadczyć tylko uczestnicy zimowisk w górach gdzie obfite opady białego puchu utworzyły iście bajkowy krajobraz. Kto nie mógł wyjechać, musiał pogodzić się z brakiem śniegu, a wolny od lekcji czas wykorzystać we własnym zakresie.

Dni wolne od zajęć szkolnych to spory kłopot dla pracujących rodziców. Nie każdy przecież ma dziadków, którzy zawsze pomogą w potrzebie i zaopiekują się wnukami. Z pomocą przychodzi więc szkoła, która organizuje dzieciom czas wolny w formie półkolonii. Aby pomóc szkole w tych zajęciach i w pewnym sensie wpuścić tam świeży powiew lasu „wpisałem się” w program zajęć, kontynuując tym samym dotychczasową współpracę ze szkołą.

Z dziatwą lubskiej „dwójki ” spotkaliśmy się w świetlicy szkoły, gdzie w formie zabawy starałem się sprawdzić, co dzieci zapamiętały z moich dotychczasowych „lekcji ” przyrody. Ciekawiło mnie czy ponowne usłyszę, że sarna to żona jelenia. Pytania w formie zagadek sprawiały, że dzieci żywo interesowały się tematem spotkania. Miłym dla mnie zaskoczeniem był las rąk chętnych do zabrania głosu. Każda prawidłowa odpowiedź była nagradzana. Kolejne zadanie polegało na wykazaniu się wiedzą na temat przedstawionego na fotografii zwierzęcia. Również w tej konkurencji dzieci dobrze sobie radziły przy okazji wskazując na różnice w wyglądzie sarny i jelenia.

Myślę, że moja obecność w szkole to kolejny mały, ale ważny krok na drodze przyrodniczo-łowieckiej edukacji młodzieży, a przekazane upominki będą miłą pamiątką tego spotkania.

R.K.

„Płowej” do paśnika

Nadchodzi zima, a wraz z nią najtrudniejszy okres w życiu dzikich zwierząt. Na szczęście w tym roku obficie obrodziły dęby zaopatrując leśne spiżarnie w duże ilości wartościowej karmy. Korzystają z niej nie tylko dziki ale także jelenie i sarny, które nawet w ciągu dnia można spotkać pod owocującymi drzewami. Jednak z każdym dniem tych naturalnych zapasów ubywa. Aby zaspokoić głód, nie mogąc znaleźć wystarczającej ilości pożywienia w lesie, zwierzęta penetrują obrzeża zabudowań i parki. Pod osłoną nocy pokonują coraz większe odległości tracąc na zdobycie pożywienia znaczne ilości energii.

I właśnie w takim czasie z pomocą spieszą myśliwi wykładając do paśników przygotowaną jesienią karmę. W jej gromadzeniu podobnie jak w latach ubiegłych nie zawiodła młodzież Szkoły Podstawowej Nr 2 w Lubsku. Uczniowie klas I-III tej szkoły zebrali 1.100 kg żołędzi z przeznaczeniem na dokarmianie bytującej w naszych łowiskach zwierzyny płowej. Uczniowie szczególnie zaangażowani w tę akcję zostali obdarowani ufundowanymi przez Zarząd koła słodkimi upominkami. W trakcie przeprowadzonej przy tej okazji pogadanki dzieci zapewniały, iż w podobny sposób będą pomagać zwierzynie w przyszłości.

R.K.

Jeż – Nasz sprzymierzeniec

Jeże, te małe, naziemne ssaki, są bardzo pożytecznymi zwierzątkami, mimo swoich ostrych kolców. Często spotykamy je przechodzące przez asfaltową drogę. Jednak równie często doświadczamy przykrego widoku martwego jeża na szosie. Jeż jest niepotrzebną ofiarą coraz większej liczby samochodów na naszych drogach. Niestety, to objęte częściową ochroną zwierzątko nie przyswoiło sobie bezpiecznego sposobu przekraczania jezdni, co często kończy się dla niego tragicznie. W ten sposób każdego roku ginie ogromna ilość jeży, pomniejszając znacząco szeregi naszych sprzymierzeńców w walce z owadami i gryzoniami.

Aby pomóc tym sympatycznym zwierzętom przetrwać zimę, uczniowie Szkoły Podst. Nr 2 w Lubsku wzięli udział w konkursie polegającym na zbudowaniu domku dla jeża. W ramach konkursu do oceny przedstawiono 24 własnoręcznie wykonane domki, które można było podziwiać podczas zorganizowanej na szkolnym korytarzu wystawy. Komisja konkursowa wyłoniła trójkę zwycięzców oraz przyznała kilka wyróżnień. Już następnego dnia po rozstrzygnięciu konkursu, w poglądowej lekcji ustawiania domku w terenie uczestniczyła klasa pierwszaków tej szkoły. Podczas wycieczki do parku, pokazano dzieciom jak prawidłowo ustawić i zabezpieczyć domek, aby zajął go chętnie kolczasty lokator. Wykonane w ramach konkursu domki zostaną ustawione w odwiedzanych przez jeże miejscach co dla części z nich zwiększy szansę przeżycia trudnego zimowego okresu.

Uczestnicy konkursu zostali zaproszeni do odwiedzenia naszej „Hubertówki” koła łowieckiego „Jeleń” w Brodach. Wycieczkę sfinalizowano 7 grudnia dowożąc dzieci naszą „Bonanzą” holowaną ciągnikiem przez kol. Tadzia Kowalczuka. Już sama podróż takim pojazdem była dla nich ciekawym doświadczeniem. Zwycięzca konkursu towarzyszył kierowcy w charakterze „pilota” w kabinie ciągnika. Podczas pobytu na terenie „Hubertówki” pokazaliśmy gościom nasze „gospodarstwo” w tym maszyny i sprzęt rolniczy, aby przybliżyć zakres działalności myśliwych. Następnie zajrzeliśmy do założonej przed kilkoma laty śródpolnej remizy. O potrzebie urządzania na polnych terenach takich krzaczastych ostoi świadczyła obecność w niej dwóch saren wypłoszonych naszą obecnością. Kilku uczniów (pod naszą opieką) dokonało lustracji terenu z ustawionej w pobliżu ambony.

Na wracającą z remizy grupę czekało ognisko pod wiatą i gorąca herbata. Sygnałem „Posiłek” kol. Zdzisiu Siwik zachęcił do pieczenia kiełbasek, które „połaszowano” wkrótce z wielkim apetytem. Po posiłku wyróżnieni i nagrodzeni uczestnicy konkursu otrzymali pamiątkowe dyplomy i upominki. Zwieńczeniem imprezy była wspólna fotografia zaproszonych gości i organizatorów spotkania oraz deklaracja kontynuowania współpracy w przyszłości.

R.K.

„Hubertowska” zbiorówka

Polowanie w dniu imienin naszego patrona to prawdziwe łowy.

A tak zdarzyło się w dniu 3 listopada br. kiedy na zbiórce w naszej „Hubertówce” stawiło się ponad 30 strzelb i kilku naganiaczy z przyjaciółmi na czterech łapach. Niewątpliwą ozdobą tego zespołu były dwie przedstawicielki płci pięknej kandydujące w naszym kole do roli Dian. Wspaniała, podkreślająca wszystkie barwy jesieni pogoda sprawiła, że już przed polowaniem cieszyliśmy się z tego spotkania. Kiedy zagrały rogi i ustawiliśmy się na odprawę, przemówił prezes koła kol. Jan Kowalczuk, który jako jeden z dwóch prowadzących powitał uczestników polowania podkreślając jednocześnie wyjątkowy, hubertowski charakter łowów. Z kolei łowczy kol. Marek Rudziak jako drugi prowadzący poinformował na jaką zwierzynę polujemy, przypomniał warunki bezpieczeństwa oraz zwrócił uwagę, że w dniu dzisiejszym większe znaczenie ma atmosfera spotkania niż jego końcowego wynik. Jeszcze tylko losowanie kartek stanowiskowych i „Apel na łowy” kończy odprawę.

Koledzy Andrzej Wysocki i Tadziu Kowalczuk, również myśliwi ale dziś w roli „powożących”, zapraszają do pojazdów. Mamy już dwie ” Bonanze „, więc swobodnie lokujemy się w nich i ruszamy. Nagankę przewozi kol. Maciej Anioł, ale jej piękniejszą część chytrze zagarnął kol. Rysiu Wysługocki oferując się prowadzącym jako terenowy samochód „operacyjny”.

Pierwsze pędzenie to rozległe trzcinowisko w pobliżu granicy naszego obwodu,które ze względu na swoje walory zwykle opolowują zapraszani przez nas myśliwi komercyjni. Jednak ze względu na wyjątkowość dzisiejszego dnia dostąpiliśmy zaszczytu polowania w tym rejonie. Obaj prowadzący sprawnie rozstawili myśliwych, niektórym z nich stanowiska wypadły na ambonach. Jeszcze nie wybrzmiał sygnał „Naganka naprzód”, a już padły pierwsze strzały powtarzane echem okolicznych lasów.

Odezwały się rogi podrywające nagankę, wkrótce zagrały psy. Strzały padały po każdej stronie pędzonego miotu, co świadczyło o mnogości zwierza i fachowej robocie rozprowadzających. Mimo upływających minut nikomu czas się nie dłużył. Bo już, już wydawało się, że zabrzmi „Koniec pędzenia”, a tu znowu huknął strzał. Wreszcie jest sygnał kończący miot.

Opadają emocje, schodzimy ze stanowisk, szczęśliwych strzelców nagradzamy złomem, na gorąco komentujemy niedawne przeżycia. Upłynęło sporo czasu bo miot duży, pudeł niewiele to i podnoszenie strzelonej zwierzyny musiało potrwać. Prowadzący decydują aby obstawić jeszcze jeden sąsiedni miot po czym zakończymy łowy, bo to przecież ” Hubertowiny ” mają swoje prawa. Szybko zajmujemy stanowiska, rusza naganka i wkrótce pada kilka strzałów. Nie wszystkie są skuteczne, ale dwóch kolegów dekorujemy złomem, a karawan ponownie ma zajęcie.

Pełni wrażeń, zadowoleni z udanych łowów wracamy do „Hubertówki”. Najmłodsi stażem „fryce” z pomocą naganiaczy układają pokot. A jest co układać. Tak obfitego pokotu (z dwóch pędzeń) dawno nie oglądaliśmy. Prowadzący ogłaszają koniec polowania. Sygnaliści mocno napinają płuca szykując się do otrąbienia pokotu. Kolejno brzmią sygnały: jeleń, dzik, sarna, lis na rozkładzie. Dobrze, że sygnaliści grali tylko po jednym sygnale dla każdego gatunku, który był na pokocie. W innym przypadku ich koncert trwałby blisko godzinę. Tak łaskawy był w swoje Święto nasz patron. Dziękujemy !!!

Nadchodzi moment dekoracji króla polowania, którym został kol. Jan Kowalczuk i wicekrólów, tj. kolegów Marka Rudziaka i Dominika Szefera. „Królewska świta” otrzymuje pamiątkowe medale. A swoją drogą zastanawiającym jest, czym koledzy prezes i łowczy wkradli się w łaski św. Huberta, który tak im w tym dniu darzył. Fanfara „Darz Bór” kończy ten uroczysty pokot. Udajemy się na posiłek, którego daniem głównym jest pieczony dzik z kaszą gryczaną w wykonaniu kolegów Andrzeja Wysockiego i Tadzia Kowalczuka. Dziękujemy Wam Koledzy za Wasze zaangażowanie i wykonaną robotę co sprawiło, że byliśmy uczestnikami wspaniałej, zapadającej w pamięć przygody i jej smakowitego zakończenia.

Darz Bór.
R.K.

Jesienna wyprawa

Pierwsze dni listopada to pora niezbyt sprzyjająca wycieczkom do lasu. Jednak tegoroczne, rozpędzone gorącem lato przedłużyło się do późnej jesieni, ofiarowując nam na początku miesiąca bardzo przyjemną pogodę.

Jest piątek 2 listopada. O poranku jestem w umówionym miejscu nad zalewem „Karaś”. Wkrótce dociera tu grupa młodzieży i nauczycielek ze Szkoły Podstawowej Nr 2 w Lubsku. „Dzień Dobry, Darz Bór” – witamy się i wyruszamy na umówioną wędrówkę. Idąc leśnym duktem wypatrujemy śladów bytowania zwierzyny – edukacja i świadomość przyrodnicza jest bardzo ważnym elementem nauczania dzieci i młodzieży. Na szczęście poprzedniej nocy spadł niewielki deszczyk, co znacznie ułatwia wyszukiwanie i rozpoznawanie tropów.

Trasę naszej wędrówki przecinają odciski racic saren i jeleni, na poboczu widzimy efekt nocnego buchtowania dzików. Nieco w głębi lasu w wyniku systematycznego „wycierania” zamarła kilkudziesięcioletnia sosna. Te oznaki aktywności zwierzyny, dla mnie aż nadto widoczne, nie są tak oczywiste dla towarzyszącej mi grupy. Wyjaśniam im więc różnice w wyglądzie poszczególnych tropów i przyczyny “wycierania” drzew, nie tylko przez dziki. Słuchają z uwagą i obiecują, że podczas następnej wyprawy będą już potrafiły po tropach zidentyfikować leśnych aktorów. Ciekawym epizodem wycieczki jest przypadkowo znaleziony eksponat w postaci wybielonej warunkami atmosferycznymi żuchwy młodego dziczka. Znalezisko wykorzystuję do omówienia różnic w budowie uzębienia zwierzyny łownej.

Kończymy lekcję tropienia i udajemy się w rejon, który zamieszkują lisy. Po drodze oglądamy oznaki bytowania bobrów, które zgryzanymi pniami drzew zaznaczyły w tym rejonie swoją obecność. Na piaszczystym pagórku lisia rodzina mocno się napracowała, wspólnym wysiłkiem zbudowała system głębokich nor (okien) tworząc wygodne i bezpieczne schronienie. Podziwiamy lisią zmyślność i ich “górniczą” umiejętność kopania nor, po czym wracamy na piaskowe zbocze pobliskiego lasu gdzie rozpalamy ognisko. Pieczona na patykach kiełbaska jest smakowitym zakończeniem naszej wyprawy. Kończąc swój pobyt w tym rejonie sprzątamy po biesiadujących tu poprzednikach. Sterta butelek „ląduje” w kilku workach. Zawiozę je do przeznaczonych na szkło pojemników. Wracamy zadowoleni z doznanych wrażeń obiecując sobie w niedalekiej przyszłości kolejną wyprawę.

R.K.

Inauguracja „sezonu” w Szk. Podst. Nr 2 w Lubsku

Początek roku szkolnego 2018/2019 to również właściwy czas na rozpoczęcie kolejnego etapu współpracy ze Szkołą Podstawową Nr 2 w Lubsku. Moja propozycja wizyty w szkole spotkała się z życzliwością dyrekcji i żywym zainteresowaniem nauczycielek co zaowocowało „otwarciem sezonu współpracy” w ten sposób, iż w dniu 25.09. odwiedziłem trzy I-wsze klasy, a w dniu 18.10. dwie klasy II-gie.

Podczas tych wizyt dyskutowaliśmy na temat biologii i życia zwierząt naszych łowisk oraz roli człowieka, również myśliwego w ochronie przyrody. Piszę – dyskutowaliśmy-ponieważ podczas tych lekcji dzieci spontanicznie, z dużym zaangażowaniem zabierały głos na temat poruszanych tematów niejednokrotnie zaskakując dużym zasobem wiadomości.

Moja wizyta dotyczyła także opracowania planu współpracy na cały rok w tym przygotowania się do zgłoszenia szkoły do programu „Ożywić pola”. Przypomnę, że przed kilkoma latami biorąc udział w tym programie, szkoła znalazła się w gronie laureatów. Bylibyśmy szczerze usatysfakcjonowani jeśli udałoby się ten sukces powtórzyć.

R.K.

Ostatnia ambona w sezonie

W celu ustawienia prawdopodobnie ostatniej zbudowanej w tym sezonie ambony, na zbiórkę u łowczego koła stawiła się liczna grupa myśliwych. Tuż po godzinie 8-mej zaopatrzeni w niezbędny sprzęt wyruszyliśmy. Byliśmy ciekawi, który fragment łowiska „ubogaci” ambona zbudowana przez Lecha-Roberta tym się wyróżniająca, że na jej ścianie czołowej widnieje logo koła „Jeleń” Brody.
Jak się wkrótce okazało na miejsce ustawienia ambony łowczy, kol. Marek Rudziak, wybrał ciekawy zakątek w rejonie 23, który i nam przypadł do gustu. Zakrzaczoną, od dawna nieużywaną drogę dojazdową do tego miejsca koledzy Krzysiek i Robert szybko udrożnili, co umożliwi łatwy podjazd pod samą ambonę. Mimo licznej grupy chętnych do pracy kolegów – co czasem utrudniało wręcz ich właściwe wykorzystanie – robota przebiegała sprawnie i ok. godz. 11-tej, kiedy do ustawionej ambony pozostało wykonać drabinę, łowczy zarządził przerwę śniadaniową.

Również i tym razem Marek dowiódł swoich kulinarnych zdolności. Przyrządzona przez niego wyborna wątróbka, wokół pachnący żywicą las i odpowiednia kompania, czy trzeba czegoś więcej? Pałaszowaliśmy ją /wątróbkę/ z apetytem rozkoszując się zapachami umykającego już lata i nieuchronnie zbliżającej się jesieni. Wzmocnieni smacznym posiłkiem w ciągu 30 min. do ambony dostawiono solidną drabinę i było po robocie. Jeszcze tylko porządkowanie otoczenia i ” fajrant „. Robert zaprasza do pamiątkowej fotografii, łowczy dziękuje za przybycie i „nieobcyndalanie” czytaj „odpowiedni stosunek do pracy” i wracamy do domu.

Kolejne takie prace w łowisku dopiero wiosną przyszłego roku. Szkoda.

R.K.

Zażalenie na Łowczego Koła!

Zaczęło się jak zwykle. Telefon sygnalizuje otrzymanie SMS-a. Jest czwartek, a wiadomość przesłał łowczy koła.

Pełen najczarniejszych myśli, ale z nadzieją, że moje obawy się nie spełnią czytam:
„W sobotę stawiamy ambonę”. Jednak potwierdziło się porzekadło: Nadzieja matką głupich.
Moja nadzieja, że choć jedną sobotę spędzę po swojemu prysnęła, jak bańka mydlana.
Łowczy, ten człowiek bez serca, wzywa nas w kolejną upalną sobotę do roboty. Bo umyślił sobie, że powymienia wszystkie stare ambony, a nawet ustawi dodatkowe w ciekawych rejonach łowiska. No dobra, ale czy trzeba to robić w takim tempie i w takim czasie? Sezon urlopowy w pełni, pogoda tropikalna, normalni ludzie prażą się w słońcu lub moczą w wodzie, a my? My stawiamy ambony, choć pot po j…ch cieknie. W skrytości ducha zaczynam żałować, że podczas ostatnich wyborów głosowałem na tego człowieka, a po wyborach nie ukrywałem zadowolenia, że nadal będzie naszym łowczym. O święta naiwności! Przecież każdy inny kolega na tym stanowisku by nas tak nie katował. Pomyślałem, że gdyby to było możliwe, to powinno się wymazać wszystkie soboty z notatnika łowczego, choć ten krwiopijca i tak znalazłby inne rozwiązanie by postawić na swoim.

Mojego „doła” jednak nie podzielali inni koledzy, którzy licznie stawili się do pracy. Zgrabną ambonę ustawiono w miejsce jej wysłużonej poprzedniczki. Uśmiechnięci, zadowoleni z wykonanej pracy koledzy pozują do pamiątkowej fotografii przecząc moim czarnym, nieuzasadnionym rozważaniom. Bo to przecież dzięki takiemu łowczemu „krwiopijcy”, mamy wzorowe zagospodarowane łowiska i urządzenia łowieckie umożliwiające
bezpieczne wykonywanie polowania.

Myślę też, że zgodni jesteśmy co do tego iż trudno byłoby nam sobie wyobrazić innego człowieka na tym stanowisku.

R.K.

Jak pomóc zwierzętom uzupełniać składniki pokarmowe?

Wiosenne prace w łowisku to nie tylko remont urządzeń łowieckich lub ich wymiana na nowe. To również systematyczne przyorywanie ziarna kukurydzy na buchtowiskach, uprawa poletek zgryzowych czy sadzenie drzew i krzewów owocowych. Niezwykle ważnym jest, aby w tym okresie umożliwić zwierzynie korzystanie z soli zawierającej niezbędne składniki, które są warunkiem prawidłowego funkcjonowania osłabionych po zimie organizmów. Jest to również jednym z warunków prawidłowego wzrostu poroża jeleniowatych.

Mając te względy na uwadze koledzy Marek, Mariusz i Robert w dniu 18 maja br. ustawili i zaopatrzyli w sól 30 szt. nowych lizawek, czyli drewnianych słupków z kostką soli umieszczoną na szczycie. Efekty tych zabiegów będą widoczne w okresie najbliższego rykowiska, kiedy to oczy nemrodów cieszyć będą wspaniałe wieńce jeleni byków. A jeśli Bór Zdarzy, może któryś z nich uszczęśliwi swym porożem choć jednego z wymienionych kolegów. I oby tak się stało.

R.K.

Nowa ambona „jest git!”

Łowczy zarządził: zbiórka w sobotę o 8.00, wyjazd o 8.05. Kto się spóźni nie dostąpi zaszczytu wyjazdu w łowisko w moim towarzystwie.

Jako, że Marek ma wśród naszej braci niekwestionowany posłuch, stawiliśmy się karnie przed wyznaczoną godziną. Niektórzy z nas, aby nie przysnąć, „czuwali” do świtu, co było widać po przekrwionych oczach i zmęczonych twarzach. Ustawianie ambony w Jego towarzystwie to czysta przyjemność i prawie relaks w renomowanym SPA. A wynika to z tej prostej przyczyny, że łowczy bierze na siebie najcięższe prace, nam pozostawiając takie drobnostki jak korowanie czy podawanie gwoździ.

Wyjechaliśmy prawie o wyznaczonej 8.05 – no może pół godziny później, bo łowczy zdecydował, aby trochę poczekać na Janka, który być może wczoraj trochę „zaniemógł”. W drodze do łowiska zajechaliśmy do niezastąpionego jak dotąd Stasia, który czekał już przy swoim ciągniku. Był tam też – ku naszemu zdumieniu – w doskonałej formie Janek, na którego jak się okazało niepotrzebnie czekaliśmy z powodu niecnych sugestii łowczego. Załadowaliśmy pudło ambony i po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu.

Pod kierunkiem łowczego sprawnie połączyliśmy przywiezione pudło ze „zgrabnymi nogami” i przystąpiliśmy do ustawiania kompletnej już ambony. Niespodzianek nie było. Doświadczona ekipa pod odpowiednim kierownictwem nie zawiodła. Posadowienie ambony i przystawienie wcześniej przygotowanej drabiny trwało kilkanaście minut, po których Krzysiek jako pierwszy wszedł na górę i skonstatował: „jest git!”.


Jeszcze tylko porządkowanie terenu, zbieranie narzędzi i koniec roboty. Robert wzywa ekipę do pamiątkowej fotografii – nie ma go na niej – nie ma na niej także jego ojca Lecha, naszego długoletniego członka Koła „Jeleń” Brody, który niechybnie nadzorował nasze poczynania z Krainy Wiecznych Łowów, dokąd św. Hubert powołał go na początku marca br.

Kończymy trochę zawiedzeni, że łowczy nie otwiera swojego bagażnika, w którym zawsze miał przygotowane specjały na podsumowanie dobrej roboty. Ale jego słowa: „zapraszam do siebie na grilla ” natychmiast poprawiają humory.
Wracamy zadowoleni z wykonanej roboty w łowisku, a po cichu i z tego, że łowczy i tym razem nie zawiódł.

R.Kałużny

Wiosenne prace w łowisku

Nareszcie nastała wiosna a z nią konieczność wykonania wielu zadań w łowisku. Oprócz prac pielęgnacyjnych na poletkach i sadzenia drzew owocowych, podobnie jak latach poprzednich nasze łowiska wzbogaciliśmy wypuszczając ponad 60 bażantów.

W poprzednim sezonie intensywnie tępiliśmy drapieżniki, co powinno korzystnie wpłynąć na wzrost pogłowia tych pięknych ptaków. Kilkuletnie już wysiłki koła, zmierzające do stałej obecności bażantów w naszych łowiskach,przynoszą pozytywne rezultaty, co zachęca do dalszych działań w tym zakresie. Przed wypuszczeniem ptaków w łowisku ustawiliśmy dodatkowe podsypy.  Mamy cichą nadzieję, że w niedalekiej przyszłości ukoronowaniem naszych działań będzie zbiorówka,  na zakończenie której prowadzący polowanie poda komendę „bażant na rozkładzie”.

R. K.

Myśliwi w szkole

Wizyta w szkole – drapieżniki

Moja kolejna, druga w tym roku wizyta w Szkole Podstawowej Nr 2 w Lubsku wypadła 21 grudnia.
Odwiedziłem dzieci czterech klas, a głównym tematem tych spotkań była rola drapieżników w środowisku. Dzieci brały aktywny udział w dyskusji i nie tylko żywo interesowały się tematem, ale wykazywały się sporymi wiadomościami w tym zakresie. Duże zainteresowanie słuchaczy wzbudzała moja prezentacja wabienia drapieżników w tym lisa na pisk myszy i kniazienie zająca. Dzieci słuchały z otwartymi ustami, a kiedy w pewnym momencie na odgłosy mojego wabienia uchyliły się drzwi i do klasy zajrzał pan woźny szkoły, dzieci wybuchnęły śmiechem w nieoczekiwany sposób przekonane o skuteczności wabienia. Wybierając się do szkoły zamierzałem zasygnalizować i przybliżyć bez wątpienia ważną rolę drapieżników w przyrodzie i to jak sądzę udało mi się uzyskać.
R.K.

Kolejne prace w łowisku

W ostatni piątek i sobotę (15 i 16.09.2017) wykonywano kolejne prace w łowisku. Wymieniono uszkodzone drabiny dwóch ambon oraz postawiono nową, usuwając już zagrażającą bezpieczeństwu  „staruszkę”. W pracy pomagało kolejne pokolenie kandydatów na myśliwych.

R.K.

 

Nowa ambona

W dniu dzisiejszym (9.09.17) w rejonie nr 12 (Tarnów) kolejna wysłużona ambona ustąpiła miejsca nowej, wygodnej i bezpiecznej. Oto jak żałośnie wyglądała poprzedniczka dziś ustawionej, z którą wiążą wspomnienia przeżytych emocji nasi koledzy po strzelbie. Oby jej następczyni równie pozytywnie zapisała się w pamięci jej użytkowników.

K.R.

Wymiana wysłużonych urządzeń łowieckich

W ramach sukcesywnej wymiany wysłużonych urządzeń łowieckich w dniu 26.08.br ustawiono w rej. 19 obw. 199 nową ambonę. Jej wykonawcy to doświadczona ekipa, która pod kierunkiem łowczego dokonała już 4-tej w br. wymiany starych urządzeń. Wkrótce zostanie ustawionych kilka kolejnych ambon, co z pewnością ułatwi bezpieczne wykonywanie polowania przez członków naszego koła.

 

Nowe ambony – bezpieczeństwo polowań

W trosce o bezpieczeństwo polujących kolegów z łowiska systematycznie usuwane są stare wysłużone ambony. Ich miejsce zajmują nowe urządzenia, które będą służyły kolejne lata. W ostatnim czasie w obw. 199 pod kierunkiem łowczego koła ustawiono dwie nowe ambony, przy których ich wykonawcy wykonali pamiątkowe fotografie.

Zasilanie łowiska bażantami

Po stosownych przygotowaniach do naszych łowisk wypuściliśmy kolejną pulę (70 szt.) bażantów zakupionych z hodowli p. Jana Deki.

Od kilku już lat systematycznie zasilamy nasze łowiska tymi pięknymi ptakami oraz prowadzimy intensywny odstrzał drapieżników tj. głównie lisów, jenotów i szopów praczy.Jednocześnie staramy się pomagać bażantom w przetrwaniu najtrudniejszych okresów poprzez podawanie karmy pod przygotowane podsypy. Te działania przynoszą coraz wyraźniejsze rezultaty. W naszych łowiskach można już usłyszeć pianie bażancich kogutów, a nawet napotkać bażancią młodzież. Cieszą nas pozytywne efekty podjętych przed kilku laty przedsięwzięć i jednocześniedopingują do kolejnych. Nasi koledzy z własnej inicjatywy budują kolejne podsypy oraz wyjeżdżają w łowisko nie tylko na polowanie ale patrolują jego teren w różnych porach dnia starając się chronić bażanty przed niewątpliwie wzmożoną presją drapieżników.

 

Myśliwy w szkole

Kontynuując współpracę ze Szkołą Podstawową Nr 2 w Lubsku w dniu 15 kwietnia br. spotkałem się uczniami trzech pierwszych klas tej szkoły.Podczas lekcji zapoznałem pierwszaków z mieszkańcami naszych łowisk oraz odpowiedziałem na szereg interesujących pytań. Wysłuchałem również ciekawych relacji dzieci z ich obserwacji napotkanych przypadkowo dzikich zwierząt. Z zadowoleniem stwierdziłem żywe zainteresowanie tym tematem tak ze strony dzieci jak i ich nauczycieli. Umówiliśmy się na następne spotkania, również w terenie.

Przyjaciel Myśliwego

Czym dla myśliwego jest pełnia księżyca nie trzeba wyjaśniać. Zwłaszcza późną jesienią, kiedy szybko zapadający zmierzch umożliwia wykorzystanie niepełnego jeszcze „miesiąca” do polowania na czarnego zwierza. Była druga połowa listopada, z każdym dniem powiększała się rozświetlona tarcza księżyca widoczna już przed zachodem słońca.

Uznałem, że właściwy czas nadszedł. Zrobiłem więc w łowisku niezbędne rozpoznanie. Stwierdziłem, że dziki po zapadnięciu zmroku żerują wędrując od dębu do dębu, a potem buchtują na łące w poszukiwaniu dżdżownic i pędraków. Postanowiłem spróbować szczęścia na ambonie ustawionej na granicy lasu i łąki. Za amboną rosło kilka owocujących dębów, a łąka nosiła ślady niedawnego buchtowania. Niedługo po zapadnięciu zmierzchu jestem na ambonie. Ładuję sztucer, sprawdzam podświetlenie lunety i ostrość widzenia lornetki. Namoknięta po ostatnich deszczach ambona nie skrzypi, wiatr od lasu w plecy. Jest dobrze, pozostaje cierpliwie czekać. Sięgam do kieszeni po „miętusa” i po raz któryś z kolei wracają wspomnienia kiedy to polując w młodości na lisa, w swojej bezsilności rzucałem z ambony „miętusami” w tnące się podczas huczki wycinki (plan był wykonany), które oczywiście nic sobie z tego nie robiły.

Wracam do rzeczywistości. Podnoszę lornetkę, lustruję daleką, poprzecinaną odwadniającymi rowami łąkę. Wzdłuż dalekiego rowu kilka ciemnych punktów. Gdybym nie znał dobrze tego łowiska wziął bym je z dziki ale wiedziałem, że to pozostałości po ściętych podczas melioracji olchach. Odkładam lornetkę i przez prawe okno ambony sprawdzam teren pod dębami, pusto. Księżyc jest coraz wyżej i już bez pomocy optyki był bym w stanie zauważyć ciemne sylwetki dzików. Wyjmuję telefon, sprawdzam godzinę, dochodzi 20-ta. Spokojnie, mówię do siebie w myślach, mamy dużo czasu. Zgodnie z umową Jasia wyprowadzi Grota, mogę spokojnie czekać.

Po dłuższej chwili ponownie przez lornetkę lustruję łąkę. Wyszły jelenie, dwa młode byczki na środku łąki pozorują turniej rycerski delikatnie trykając się porożem, a pod ścianą lasu żeruje łania z cielakiem. Zaczyna się coś dziać – mówię do siebie. Odkładam lornetkę i spoglądam do tyłu przez boczne okno ambony. Nie mam wątpliwości. Nie więcej jak 50 kroków od ambony żeruje dzik. Jego sylwetka wyraźnie odcina się od mokrych, połyskujących w świetle księżyca liści. Jest sam, wysunął się właśnie z sosnowego lasu i stojąc nieruchomo, wybiera coś spod warstwy liści. Dzika oceniam na wyrośniętego przelatka. Stoi na blat jak tarcza na strzelnicy. Ostrożnie sięgam po broń, jak najciszej zwalniam bezpiecznik, podświetlam lunetę. Dzik dalej stoi nieruchomo. Podnoszę sztucer i skręcam się na ławce w prawo, aż do bólu w stawach. Niewygodnie. Przez głowę przelatują szybkie myśli. Wiatr mam dobry, strzelać czy poczekać, aż wyjdzie trochę do przodu. A jak pójdzie skąd przyszedł? Nie mogę dać mu tej szansy. Łapię czarnucha w lunetę, napinam przyspiesznik, czerwony punkt na komorze.

Krótki błysk, połączony z hukiem strzału i cisza.

Dzika nie ma. Nie usłyszałem oddalającego się zwierza, nie zdołałem też zauważyć, czy ruszył do przodu, czy wrócił skąd przyszedł. W ogniu nie padł na pewno, bo go nie było. Opadają emocje. Spokojnie, mówię do siebie, przecież nawet z rozbitym sercem potrafi pokonać znaczną odległość, musi leżeć! Z ambony nie schodzę, chociaż nie palę to czekam na przysłowiową długość papierosa. Niech spokojnie zgaśnie, myślę. Po dłuższej chwili decyduję, już czas.

Schodzę z ambony i w świetle latarki oglądam zestrzał. Na dywanie dębowych liści wypatruję znaku, który wyrzuci z mojej głowy czającą się niepewność. Czyżby pudło? Niemożliwe, jednak na zestrzale farby nie widzę. Zaczynam poszukiwania choćby tych kilku rubinowych kropel, które
rozwieją moje obawy. Zataczam wokół zestrzału coraz większe koła, bez rezultatu. Robi się nerwowo, jestem zły na siebie. Może jednak należało poczekać, może strzeliłem za nisko. A sukces był na wyciągnięcie ręki, ręki z porcją ostatniego kęsa. Dochodzę do wniosku, że wyczerpałem swoje możliwości tropowca. Nie ma rady, tu jest potrzebny fachowiec.

Wracam do samochodu i po kilkunastu minutach otwieram kojec. Grot już wrócił z wieczornego spaceru. Trochę zdziwiony obwąchuje z wyraźnym podnieceniem moje buty. „Choć piesku, potrzebuję twojej pomocy” mówię zapinając obrożę. Wracamy do lasu. Zatrzymuję samochód w pobliżu ambony, biorę broń i podprowadzam psa na zestrzał. „Szukaj dzika, szukaj” powtarzam. Grot jest tak podkręcony, że nie mogę utrzymać go na smyczy. Odpinam więc karabińczyk i puszczam psa, który po kilku nerwowych zwrotach na zestrzale, znika w lesie.

Czekam w napięciu. Nagle szczeknął dwukrotnie i umilkł. Podjął trop – mówię do siebie. Czekam.

Wreszcie jest. Jest ta, tak miła dla ucha melodia. Głosi w miejscu, ciągle w podobnym tonie co wskazuje, że doszedł już zgasłego postrzałka. Ruszam w kierunku oszczekiwania. Jestem coraz bliżej i bliżej kiedy nagle pies milknie. Co jest, pytam sam siebie i spostrzegam psa, który wybiegł mi naprzeciw. „Gdzie jest dzik piesku, szukaj!” Grot zawraca i po chwili słyszę jak wyładowuje swoją pasję na naszej wspólnej zdobyczy.

Podchodzę do dzika, który strzelony na spóźnioną komorę po kilkuset metrach spisał testament. Jestem w dwójnasób zadowolony.
Po pierwsze – ze skutecznego strzału, a po drugie – z pracy psa, bez którego podniesienie postrzałka byłoby być może niemożliwe.

I za to ci Grotek dziękuję.

R.K.

Szczęście w nieszczęściu

Tegoroczne lato nie odpuszczało. Temperatury w granicach 35 stopni stały się normą. Rozgrzana, wysuszona niemiłosiernie ziemia i wszystko co na niej rosło z utęsknieniem czekało na deszcz.

Niedziela 13 września godz. 14.30. Mimo lejącego się z nieba żaru muszę wyjść z psem, który co prawda przebywa w kojcu, ale minimum trzy razy w ciągu dnia jest z niego wyprowadzany. Jeszcze tylko czapka z daszkiem na głowę, przeciwsłoneczne okulary i wychodzę na pobliską działkę gdzie mieszka Grot, który od trzech lat dba o moją kondycję podczas codziennych spacerów. Wchodzę na działkę i po raz kolejny podziwiam zachowanie psa. Miałem już kilka psów i każdy z nich okazywał radość na widok swojego pana a to szczekaniem a to radosnymi podskokami niecierpliwie oczekując na wyjście z kojca. Grot był zdecydowanym zaprzeczeniem tej tak rozumianej przeze mnie normalności. W kojcu był bardzo oszczędny w okazywaniu swoich emocji. Mogłem kilkakrotnie wchodzić i wychodzić z działki, a pies nigdy nie zaskomlał nie mówiąc już o szczekaniu.
Radość życia i niesamowitą energię ujawniał po przekroczeniu działkowej furtki. Był przecież płochaczem i te jego cechy były ze wszech miar pożądane.

Zakładam psu obrożę, przypinam smycz i wychodzimy z działki. Idziemy drogą między ogrodami, następnie ścieżką za ich ogrodzeniem w kierunku toru kolejowego. Z tej ścieżki korzystają mieszkańcy pobliskiego osiedla zatrudnieni w dwóch usytuowanych za torem firmach. Grot penetruje teren na tyle na ile pozwala mu długość smyczy. Nie mogę go uwolnić bo wiem, że na zakrzaczonym, od dawna nieczynnym międzytorzu bytują sarny. Przechodzimy ścieżką przez jedyny czynny tor kolejowy. Pobocze ścieżki porośnięte jest suchą, pożółkłą trawą. W pewnym momencie pies zaskomlał, odskoczył w bok, podkurczył przednią łapę i zaczął coś oszczekiwać. Trwało to kilka sekund, ale wystarczająco długo bym zauważył gada zanim znikł w trawie. Długość ok. 70 cm, barwa brązowa, na grzbiecie charakterystyczna zygzakowata, nieco ciemniejsza pręga. Niestety, nie miałem wątpliwości. To żmija, która wygrzewała się na słońcu. Pies nieopacznie na nią nadepnął, a ta w odruchu obronnym ukąsiła go w łapę.

Chwila konsternacji, przez głowę przebiegają szybkie myśli. Przypominają mi się słowa lekarza weterynarii – w przypadku ukąszenia psa w wietrznik, nie zdążysz z nim do lecznicy. W innym przypadku jest szansa. To był ten inny przypadek. Należało jak najszybciej udzielić
psu fachowej pomocy. Byłem ok. 1 km od domu, nie miałem przy sobie telefonu. Przecież jest 13-ty, ale nie piątek. Odpędzam złe myśli. Wiem, że należy maksymalnie ograniczyć możliwości ruchowe poszkodowanego. Biorę psa na ręce i niosę w kierunku domu. Po kilkudziesięciu metrach odpoczywam prowadząc go na smyczy. Ponownie biorę go na ręce by po kilku minutach znowu prowadzę na smyczy. Grot waży ponad 20 kg i nie jestem w stanie wyłącznie go nieść.

Po kilkunastu minutach jesteśmy w domu. Wszczynam alarm. Oboje z żoną chwytamy za telefony. Pies staje się osowiały, apatyczny, zaczyna się pokładać. Mój „rodzinny” lekarz weterynarii nie może pomóc, trudna sprawa – mówi. Kolejny, „namierzony” telefonicznie jest poza Lubskiem, żałuje ale nie pomoże. W lecznicach nie ma antidotum na jad żmii. Czas nagli. Żona telefonuje do znajomej farmaceutki, informuje ją o sytuacji, prosi o pomoc. Po kilku minutach odbieramy telefon z apteki. „Antidotum nigdzie nie znalazłam, ale lecznica p. Kowalczyka w Żarach ma dyżur, tam wam pomogą” – informuje farmaceuta. Pies coraz bardziej osowiały, nie wstaje. Bez zwłoki wsiadamy do samochodu i pędzimy do Żar. Po drodze telefonuję do zamieszkałego w Żarach prezesa koła, aby ustalić najkrótszą trasę dojazdu do lecznicy. Dobrze zrobiłem, gdyż prezes informuje mnie o koniecznym objeździe z powodu remontu ronda.

Wreszcie dojeżdżamy. Pełniąca dyżur dr. Małgorzata Krawiec już czeka na pacjenta. „Mieliśmy niedawno na leczeniu trzy pieski pokąsane przez jedną żmiję. Wszystkie przeżyły, będzie dobrze ” – pociesza. Grotowi aplikuje zastrzyki wzmacniające, podłącza kroplówkę. Pies leży spokojnie. Rozumie powagę sytuacji czy jest tak osłabiony – zastanawiam się. Powoli, kropla po kropli ubywa płynu w pojemniku. Stoję obok chorego, głaszczę jego jedwabistą sierść, będzie dobrze piesku, pocieszam bardziej siebie niż jego. Jak ten czas płynie. Minęły 2 godziny, pani doktor znacznie przedłuża dyżur, a w pojemniku jest jeszcze połowa zawartości. Dziękujemy za pomoc i decydujemy, że pozostałość podamy pieskowi w domu. Wracamy do Lubska. Chorego wnoszę do mieszkania i podłączam kroplówkę. Pies leży spokojnie. „Będzie dobrze” – brzmią mi w uszach słowa sympatycznej pani doktor.

Następne trzy dni to kontynuacja leczenia zakończonego sukcesem.
Będziesz żył PRZYJACIELU!

R.K.